Powiedz Przyjacielu i wejdź.
Fabuła => Na szlaku => Wątek zaczęty przez: Fenris w Wrzesień 24, 2015, 19:57:01
-
Deszcz lał tak, że płaszcz już dawno zdążył mu przemóc na karku.
Teraz wszystkie te kropelki wody, spływały leniwie między materiałem, a pancerzem który krył się pod nim. Czasem muskały szczelnie skryte ciało, drażniąc i gilgocząc.
Jeździec nie reagował jednak. W ogóle. Tkwił w siodle, na leniwie kroczącym rumaku. Mógłby się nawet zdać drzemać, gdyby od czasu do czasu nie
unosił głowy. Gdy tak robił, deszcz zacinał prosto po jego bladej, oszpeconej paroma bliznami twarzy. Spokojne, niebieskie oczy szybko wtedy wertowały
okolicę, jak gdyby czegoś wypatrując.
Nic. Nie było czego, bo i szlak przed nimi był pusty.
Leśna dróżka mlaskała pod koniem, pokryta błotem niemal całkowicie.
Długo już padało. Ostatnie parę dni praktycznie opady nie ustępowały, prócz krótkich chwil w których rozbijali pośpieszny obóz i rozniecali ognisko, które i tak po chwili gasło z cichym sykiem.
Tak, pogoda im nie sprzyjała. Zdawała się upominać.. O.. No właśnie.
Nie tylko ona zresztą, bo i myśli jeźdźca pozostawały niespokojnymi. Odkąd tylko opuścili ziemię Ojców, ciągle coś im doskwierało.
A pożegnanie? Pożegnani zostali przez smoka, który znacznie uszczuplił ich zapasy, paląc doszczętnie połowę z nich. Nie, to nie było na rękę obu podróżnikom.
Ani milczkowi z mokrym płaszczem, ani temu drugiemu, co na karku tachał swój prywatny znak rozpoznawczy.
Wielki miecz również ociekał wodą, ślizgając się w wiązaniach które przytraczały oręż do pleców jadącego.
I tak to trwało.
Jechali coraz dalej, ciągle na południe prostym szlakiem.
No, z tym prostym każdy mógł polemizować. Pogoda była jak pod psem, a przez to i dodatkowa motywacja by jak najszybciej znaleźć schronienie.
Najlepiej gdzieś blisko, choć wcale nie zanosiło się. Widoki stąd mieli niezłe, w końcu zjeżdżali z gór. A jako, że im dalej tym niżej, tak gołym okiem szło wywnioskować, że podróż potrwa jeszcze parę, jak nie paręnaście dni.
Choć ciężko było zachować pewność. Przyzwyczajeni byli bardziej do otwartych, zaśnieżonych i górskich przestrzeni. Do tego, że niebo jest dobrze widoczne pośród wiecznych opadów śniegu, a deszcz bywa wyjątkiem.
A tutaj? Tutaj było paradoksalnie na odwrót. Nie zgadzało się nic, do czego dane im było się przyzwyczaić i oswoić. Zrodzeni na Północy, Północą też żyli pełną piersią. Piersią, z której jednak z czasem musiało ulecieć powietrze.
Brutalnie wyrwane z trzewi, niczym cios obucha. Nie sposób było go w sobie utrzymać. Ani nie mogli, ani im nie pozwolono. Zamiast tego wskazali kierunek i osiodłane konie, z marnym dobytkiem.
Niee.. Jeździec warknął cicho pod nosem i odrzucił niechciane myśli. Odpędził od siebie, ponownie unosząc głowę. Tym razem wyżej i dłużej.
Zerknął w bok, na jadącego w milczeniu brata. Tamten pochwycił widocznie jego spojrzenie.
Przez zmęczoną twarz, przemknął uśmieszek godny sennych mar. Odwzajemnił się podobnym i skierował rumaka tak, coby zrównać się z jadącym obok.
Jadąc ramię w ramię, wszystko zdawało się drobniejsze. A i głosu unosić nie musiał, czego wyjątkowo nie lubił.
Więc mruknął tak też, cicho i niechętnie.
- Zdaje się, że nawet żywioł przeciwko nam.
Brat nie odpowiedział, jeno głową kiwając. Bo i co miał odpowiedzieć, stwierdzona była oczywistość.
Kolejne kilka chwil pełnych ciszy, nim przerwał je kolejnymi, w sumie niepotrzebnymi słowami.
- Błogosławieństwo Odwiecznej Zamieci, nie spoczywa już na naszych barkach, Bracie - Urwał i zastanowił się chwilowo, by wyciągnąć w końcu opancerzoną
rękę w stronę jego ramienia. Klepnął go mocno, odpuszczając sobie dalszą przemowę.
Zamiast tego złapał mocniej lejce, poprawił płaszcz i spiął konia, niemal jak do szarży. Ruszył galopem w dół zbocza, burząc krople błota na około.
Nie odwracał się. Bo i po co?
Upiorny szczęk pancerza Brata, był doskonale dosłyszalny zaraz za nim.
Mknęli. Prosto na południe. Ku nowemu światu, nie żałując ani pogodowego apogeum, ani koni.
(https://scontent-fra3-1.xx.fbcdn.net/hphotos-xpf1/v/t1.0-9/q83/s720x720/12027571_121904594830752_6780980776537540566_n.jpg?oh=3746008b15de706c1504040c3c9d1bc4&oe=569DF148)
-
*Stojąc na jednej z gałęzi drzew zakapturzona postać obserwowała przejezdnych. Ciekaw był kim się okażą. Przyjaciele? Czy też wrogowie? Zastanawiał się kiedy tu się okaże. Zagwizdał ledwo słyszalnie, krótko. Wilk, siedzący nieopodal drzewa, podniósł się i ruszył za podróżnymi. Gdy ci spieli konie do galopu, postać z drzewa po chwili również za nimi ruszyła przemieszczając się z jednej na drugą gałąź starając się być przy tym na razie niezauważonym.*
-
*podążała w znacznej odległości za Legolasem. Z nudów postanowiła go śledzić, bo w pałacu nie ma takich ciekawych rzeczy do oglądania. Drzewa, drzewa, drzewa, a także drzewa, tutaj przynajmniej może liczyć na pech towarzysza i oglądać jego akrobatyczne zdolności po potknięciu się o korzeń. Więc nadal w ciszy i w znudzeniu śledziła go, a teraz także nowo poznanych*
-
//Ja nie gram, więc prowadźcie fabułę beze mnie :P
-
Początkowo niczego nie zauważyli. Początkowo, bo każdy początek ma swój koniec.
I trwali by tak pewnie nieświadomi ogona, gdyby koń pod jednym z jeźdźców nie stanął jak wryty.
Sam jeździec natychmiast uniósł głowę tak, że kaptur zsunął się na jego szerokie plecy. Miał totalne zaufanie do swego rumaka, nie raz mu już zresztą towarzyszył w czasie polowań na skrzydlate bestie, na dalekiej Północy.
Miał go od junaka, więc i czasu sporo na zbudowanie relacji, wykraczającej poza Pana i zwykłe zwierzę.
Zmrużył oczy, wertując wzrokiem okolicę. Po jednej i drugiej stronie las. No.. Nic nowego. A może jednak nie?
Kiwnął bratu głową i zeskoczył na ziemię, z mlaśnięciem w błoto. Zgarbiony w siodle nie wyglądał na tak wielkiego, jakim się okazał stając u boku wierzchowca.
Wyprostował kark z posępnym trzaskiem i rozejrzał się z uwagą.
Okolica była do bólu spokojna, a śpiewy niezadowolonych z deszczu ptaszysk, nie były niczym zakłócane. Nic.
Nie wierzył by rumak się pomylił. Nie po tych wszystkich latach. Wiedział, że coś, bądź ktoś krył swe sylwetki w gęstwinie. Można było mówić o nich wiele, lecz nie, że zaniedbywali plecy.
- Aethelred. Rozbijamy obóz, przekonajmy się, jak cierpliwym jest nasz ogon - Powiedział to głośno, tak by szło dosłyszeć na około.
Czy miał pewność, że ktoś słucha? Nie. Miał ją za to koń. I to starczało.
Obaj mężczyźni puścili zwierzęta luzem, same by nigdzie nie polazły, a i dostęp do lepszej trawy miały.
Z roznieceniem ognia były lekkie problemy, lecz w końcu zapłonął wesoło, chyżo wśród syczących kropel deszczu.
-
*wytężyła mocniej wzrok widząc jak dwie postacie się zatrzymują. Nie bała się, że ją zauważą, była za daleko by ich oczy ją dostrzegły, jednak instynktu zwierzęcia trudno jest oszukać. Wspięła się możliwie najciszej na wyższe piętro drzew, przykucnęła na jednej z gałęzi, upiła łyk elfickiego trunku i ze stoickim spokojem czekała na dalszy rozwój akcji. Nie zastanawiała się gdzie podziewa się Legolas, wolała przypatrzeć się dwójce nowych i zastanowić się, czy warto się im pokazywać i nawiązać kontakt?*
-
Deszcz bestialsko przybrał na sile. Na tyle, że ognisko coraz bardziej się pod nim uginało. I ugięło by się do końca, gdyby nie proszek który do niego dosypywali.
Płomienie zdawały się nie do poskromienia, co małą garsteczkę wynalazku z północy. Mieli go dużo, więc i nie żałowali nawet krztyny.
Mimo ciągłych strug wody, na około ognia zrobiło się naprawdę ciepło. Usiedli na przytaszczonej beli drewna, zakrywając się szczelnie zmiennymi płaszczami.
Tamte schły, bo co za radość jechać w mokrej szmacie?
Bracia milczeli cały ten czas, obserwując nie las, a reakcje koni.
A oba te, wpatrywały się w tym samym kierunku. Mężczyzna zakładał, że gdyby obrócić się tam i dokładnie poszukać, to mieliby dowód na niezawodność zwierząt.
Nie robili jednak tego. Nie znali terenu, a brak rozwagi mogli przypłacić śmiercią równie łatwo, co w swej ojczystej krainie.
Dużo czasu minęło nim jeden z braci wreszcie się odezwał.
- Ziemia czy drzewa?
- Koń patrzy do góry. Drzewa.
Mężczyzna z wielkim mieczem westchnął, smarknął i naciągnął kaptur mocniej.
- Nie chce mi się.
- Wiem - Coś słabo te rozmowy kleili, ale szło przywyknąć.
-
*po jakieś godzinie czuwania nie wytrzymawszy bólu zgiętych nóg zeskoczyła na ziemię łamiąc przy tym samym kilka gałęzi. Otrzepała się z liści, odgarnęła mokre włosy z czoła i opierając się o drzewo czekała na reakcję nieznajomych*
-
Miało dwie nogi, ręce i cycki.
To wystarczyło, by momentalnie się rozluźnili i pochwali oręż wyciągnięty w zaskakująco szybkim tempie, nawet jak na tego osiłka z mieczem wielkości słupa.
Bracia popatrzyli po sobie. Szybkie spojrzenie i reszta wiadoma.
Gigant usiadł ponownie, opierając mieczysko o kolana. Niby nic, jednak ruch ten zawierał w sobie niemą przestrogę. Bardzo dużą i ostrą przestrogę.
Drugi z mężczyzn, poklepał głownię miecza przytroczonego do pochwy i okrył się na powrót płaszczem. To On właśnie ruszył niemrawo w stronę obcej.
Nogi zapadały się w błocie, chociaż już zdążył się przyzwyczaić. Na północy brodzili z reguły po pas w śniegu.
Zbliżywszy się do delikwentki, przekrzywił głowę na bok, taksując ją spokojnym, wypranym z emocji spojrzeniem. Od stóp.. po głowę.
Milczał chwilę, nim wreszcie zdecydował coś mruknąć.
- Konie nie mogą przez Ciebie spokojnie zjeść.
-
*uśmiechnęła się fałszywie*
Jakie to przykre.
*ukłoniła się jak to miała w zwyczaju przed mężczyznami*
Tauriel z Mrocznej Puszczy. Miło poznać.
-
- Fenris - Przyznał, zerkając kątem oka w stronę ogniska.
Aethelred akurat zaczął wyjmować z juków przyszłą kolację. Nieco mokrą, ale lepiej tak, niż siedzieć z pustym brzuchem.
Długie uszy, zwiewne, lekkie szaty i łuk na plecach.
O ile dobrze pamiętał opowieści podróżnych, musiał mieć przed sobą elfa. Drobnego, pyskatego elfa.
Wojownik potarł bliznę na podbródku.
- Nie będziemy tu tak stali. Nogi mi się odzwyczaiły, a Tobie tyłek pewnie już odpada od tego drzewa - Dziwny sposób zapraszania kogoś do ognia..
Nie czekał na nią. Odwrócił się i wrócił do owej parodii obozu.
Oczywiście dostrzegł, że konie nadal są nerwowe. Czyli.. Tych ktosiów było więcej.
-
*z niesmakiem ruszyła w stronę ogniska. Ogień, coś co elfy lubią najbardziej. Jeszcze do tego lembas, wino i można żyć. Poprawiła pas od sztyletów, ściągnęła z głowy kaptur odsłaniając długie, rude włosy i z delikatnością usiadła na jednym z kamieniu wyciągając zdrętwiałe nogi*
Co was sprowadza w te strony? *zapytała po krótkiej chwili ciszy*
-
- Jeszcze nie wiemy.
Bo co innego mieli powiedzieć? Nie wypadało na start mówić, że ród ich wydziedziczył. Podstępem, w sposób skurwysyńsko cwany.
Fenris obrócił na bok kawał mięsiwa, by zaraz potem wyjąć do tego ser i chleb. Nieco suche, ale jednak.
Bezceremonialnie rzucił Jej pajdę chleba, jak i bratu. Sobie też szczodrze ukroił, opiekając na ogniu. Przyjemnie się chrupało w takim syfie pogodowym.
- Może Ty nam powiesz? Nie mam zielonego pojęcia gdzie jesteśmy.
Nie kłamał. Ba, chciałby, jednak czasem lepsza bolesna prawda, niż bolesny morał kłamstwa.
-
Jesteście blisko granic Mrocznej Puszczy. Radzę uważać na tutejszą czarną magię, niedoświadczonych w poruszaniu się po tych terenach łatwo jej zwabić w pułapkę, więc radzę trzymać się stąd z daleka. *ugryzła dość spory kawał chleba* Nie robię z was idiotów, którzy pakują się w każdego rodzaju kłopoty. *uśmiechnęła się szczerze*
*wyciągnęła z kieszeni buteleczkę i wzięła łyk trunku*
Kto wie, co lub kto was tu spotka *wyszczerzyła się prostując zbolałe plecy*
-
*Stając na drzewie niedaleko przysłuchiwał się rozmowie. Ciekaw był co więcej powiedzą. Znów krótko i cicho gwizdnął i jego wilk zaczął podchodzić trochę nieśmiało do ogniska*
-
Po Jej postawie, łatwo dało się wywnioskować pewność siebie.
Nie dziwota, jeśli była elfem, okoliczne lasy robiły Jej za dom. Jeśli było ich więcej, wolał obyć się bez prowokacji. Milczał chwilę nim podjął temat.
- Mhm. Nie mówi mi nic ta nazwa, choć z magią do czynienia miewałem wraz z bratem - Urwał i wbił wzrok w oczy elfki. - Rozumiem, że w okolicy są jakieś miasta bądź wiochy?
Powinni uzupełnić zapasy, a i zakup mapy byłby całkiem rozsądny. Wypytanie o obyczaje, granice.. I między kim iskrzy negatywnie. To żelazna zasada jeśli nie zostało nic innego jak wynajęcie się.
Czekając na Jej odpowiedź, powędrował wzrokiem do zbliżającego się Wilka. Nie powstrzymał drgnięcia kącika ust na widok przemokniętej bestii.
-
Kilka godzin drogi w głąb lasu i jesteście w królestwie. Jeśli chcecie, to was tam poprowadzę. Bez przewodnika lepiej się tu nie kręcić *uśmiechnęła się* Nie radzę samemu się tu kręcić
-
*Wilk zawarczał krótko* Kim jesteście? *odezwał się głos z gałęzi, po czym pojawiła się ciemna zakapturzona postać zaskakująca z drzew i pochodząca do wilka* I czego tu szukacie?
-
*podniosła wzrok słysząc znajomy głos* Znalazłeś się Legolasie *wstała, podeszła do niego i przywitała go ciepłym uśmiechem*
A wędrowcy jacyś, zgubiły się pewnie sierotki *spojrzała na braci z uśmieszkiem*
-
*wzrusza ramionami i uśmiecha się lekko do niej* Ano.. Skoczyłem jeszcze w jedno miejsce
-
Nie rozciąłeś sobie nogi jak ostatnio? *zaśmiała się*
-
*wzdycha* Nie
-
Bracia bez większego entuzjazmu przysłuchiwali się owej wymianie zdań, niczym gruchaniu dwóch smoków przed sezonem.
Fenris w końcu podniósł się z lekkim zgrzytem płyty na karku, by sypnąć proszku do gasnącego pomału ogniska. Ogień skoczył ponownie w górę, naprzeciwko nowym strumieniom deszczu.
Pogoda jak pod psem.. Gdy usiadł, popatrzył na elfa zwanego Legolasem.
- Jesteśmy.. Najemnikami - Lepszej teraz odpowiedzi znaleźć nie mógł. Czasem każdy nie wiedział już kim jest, po takim cyrku jaki im zrobili na Północy.
- A to drugie, to naprawdę dobre pytanie. Jakieś sugestie? - Zmrużył oczy, krzywiąc w bok głowę. Znów wbił wzrok w Wilka kręcącego się przy ogniu.
Wziął jeden z opiekających się kawałków mięsa i szczodrze wystawił z dłonią pod pysk bestii.
Była bardzo mała jak na standardy Wilków z Północy, ale i tak sama jego obecność poprawiała nastrój.
-
*wróciła na swoje miejsce przywołana ciepłem bijącym od ogniska*
-
*Wilk podszedł, powąchał mięso, popatrzył w oczy podróżnemu jakby chcąc wybadać jego zamiary, po czym wziął kawałek i odszedł przysiadając niedaleko ogniska. Elf obserwował to uważnie*
-
*zaśmiała się do siebie widząc ''złodzieja'' i z radością czekała na reakcję Fenrisa*
-
Fenris pozwolił sobie na kolejny uśmieszek, nim wreszcie zreflektował i obdarzył gości kolejnych spojrzeniem.
Gości? Jakby nie patrzeć, to On z bratem do gości się zaliczał. Chociaż cholera wie.. Przynajmniej za wczasu. Potarł podbródek i mruknął cicho.
- Twoja oferta z pokazaniem drogi dalej jest wiążąca? Bo mam wrażenie, że nie pozostaje nam nic lepszego, jak przyjęcie jej - Urwał, ważąc przez chwilę dalsze słowa. Nie chciał by zostały źle odebrane. - Zapłacimy z góry. Wolimy nie zalegać komuś z przysługami.
Nienawidził przysług, bo właśnie z ich powodu znaleźli się tutaj. I raczej będą tak tkwili po zatracenie. Życie bywało naprawdę przewrotne w swej pokręconej formie. Gdy On mówił, mięso z zapałem znikało w paszczy Wilka, co Fenris skwitował mruknięciem pełnym aprobaty.
Nie minęła nawet chwila, gdy rzucił bestii kolejny kąsek.
- Na co czekasz? Reszta mięsa i chleba sama się nie zje, a jeno przemoknie - Te słowa były skierowane do Legolasa, który jeszcze niczego nie zdążył przekąsić.
-
*wyciągnęła nogi przed siebie opierając je o kawałek kłody. Popatrzyła po braciach, owinęła szczelniej płaszczem i ugryzła kawałek mięsa*
Prędzej czy później musielibyśmy ratować wam skórę od wymysłów Czarnej Magii *zaśmiała się* Umowa stoi. Powiedzcie kiedy chcecie wyruszać.
-
Ścieżki może z rana. *przysiadł przy ognisku* Teraz pewnie chcecie odpocząć po trudach wędrówki? *zwrócił się do Fenrisa. Zciągnął kaptur odsłaniając długie blond włosy z kilkoma warkoczami*
-
- Możemy ruszać nawet teraz. Odpoczynek w deszczu nie zwraca formy, nie mówiąc już o samopoczuciu.
Powiedział cicho, rozglądając się. Deszcz nie ustępował nawet na moment, więc nic tak naprawdę się nie zmieniło. Szkoda mitrężyć czasu.
Wziął też pod uwagę fakt, że to elfy mogą być zmęczone. W końcu oni jechali konno, One nie.
- To już zależne od was - Te słowa apelował głównie do blondyna, bo to on z inicjatywą odpoczynku wystąpił.
-
A więc możemy ruszać. Tylko gdzie najpierw chcielibyście dotrzeć?
-
- Tam, gdzie można dostać pracę. I zrobić zakupy. Z resztą z zdaje się na Ciebie, Elfko.
Rzucił cicho i jak na komendę podniósł się z bratem. Blachy zaskrzypiały, a mężczyźni zagórowali nad drobnymi przy nich elfami.
Konie zarżały, wiedząc, że droga już rychłą jest.
-
Moim zdaniem lepsze będzie miasto, po drodze możemy zachaczyć o wioskę byście kupili co trzeba
-
Wzruszył ramionami i podszedł do koni, by swego sprawnie odpiąć. Chwycił go za uzdę, podprowadzając do ogniska.
Rumak parsknął na widok Wilka i przestąpił z nogi na nogę. Był przyzwyczajony do obecności tych powszechnie znanych zwierząt na Północy.
Fenris popatrzył to po elfach, to po ognisku i bezceremonialnie zdeptał to drugie butem. Póki miało w sobie proszek, będzie płonąć. A wolał nie doprowadzić do jakiejś erupcji ogniowej. Ziemia i płomienie zasyczały, gdy zwieńczył dzieła.
Resztę bagażu, Aethelred zgarnął do juków bez słowa. Jak zwykle milczący i zamknięty w sobie, głęboko pod grubą warstwą ciężkiego pancerza. No, bo w końcu trzeba mieć swój kącik, nie?
Brat ogarnął i konia, dołączając do Fenrisa.
- Niech będzie, Elfie. I.. - Urwał, jakby rozbawiony. - Konie mamy niemałe, w przeciwieństwie do was. Znajdzie się miejsce dla jeszcze jednej osoby na każdym, jeśli tylko nie chce wam się dyrdać pieszo.
-
Dobrze, niech będzie *wstał, podszedł do wilka, pogłaskał go chwilę po głowie mówiąc w niezrozumiałym dla ludzi języku. Wilk odwarknął przyjaźnie jakby zgadzając się na coś* Pójdzie przodem i poprowadzi konie *powiedział do braci mając wilka na myśli*
-
Gdy Wilk ruszył wyczekująco przed siebie, Fenris dosiadł konia. Szybko i sprawnie, jak na taką ilość blach na karku.
Koń zarżał zadowolony pod nosem i popatrzył wyczekująco na oba Elfy, jakby świetnie rozumiejąc co mężczyzna miał na myśli.
Aethelred już także tkwił w siodle, jakby go reszta świata nic nie obchodziła. Zaaawsze tak było..
Fenris chrząknął i cofnął się nieco w tył.
- Pozostawię Wam wybór konia. Będzie kanciasto i tu i tam - Zastrzegł jeszcze, rozbawiony.
Z ulgą też przyjął fakt, że zgodzili się na taką podróż. Co jak co, ale NIKT pieszo nie przegoni konia z Północy. Nie po ich szkoleniu w pełnym galopie poprzez lód
i całe hałdy śniegu.
Czekał cierpliwie, widząc naprawdę głupkowate miny tamtych.
-
*wzruszył ramionami, podskoczył siadając na koniu Fenrisa i nałożył kaptur z powrotem na głowę* Przyzwyczaiłem się do kanciastości, nie przeszkadza mi to
-
*popatrzyła po wszystkich* znaczy, że...*zdezorientowana wpatrywała się w Fenrisa*
//Pomóżcie, bo się zgubiłam ;___;XD
-
Jedziemy do najbliższej wioski Tauriel
-
Dobrze, więc...*spojrzała na na drugiego z braci i jednym, szybkim ruchem wskoczyła na konia* prowadź Legolasie.
-
Wilk idzie już przodem, poprowadzi
-
Nie miał pojęcia ile jechali, ale noc już dawno zapadła.
Do świtu jeszcze nieco zostało, jednak nie przystawali nawet na chwilę. Konie stąpały miarowo, zmęczone niedawnym galopem. Elfy nic nie mówiły o postoju czy celu podróży, więc jechał po prostu ciągle przed siebie. A przynajmniej tam, gdzie nie spotykało się to ze słowami sprzeciwu.
Obaj bracia milczeli niemal cały czas, rozglądając się na boki. Nie widzieli całkiem w ciemnościach, jednak byli przyzwyczajeni na tyle, że skrawki pewności siebie wciąż zachowywali.. głównie w ramionach, bo cholera wie co w nocy przyjdzie do łba.
Legolas, jakkolwiek to nie brzmiało, był całkiem wygodnym kompanem w podróży. Nie wiercił się, nie narzekał i przede wszystkim, nie zadawał niepotrzebnych w tej chwili nikomu pytań. I wyjątkowo sobie Fenris to cenił.
Jeśli wszyscy Elfi samce tacy byli, to jeszcze poczuje nutę sympatii. No nie, nie za wiele na start.
Zbył myśli na inny tor, wsłuchując się w odległe pohukiwanie jakiejś sowy. Jej ostrzegawczy śpiew, dumnie się niósł, pod sam księżyc. Czasem był zakłócany przez urwanie wycie jakiegoś wilka w oddali.
Tak, to była piękna, deszczowa noc. Niebo było jednak na tyle czyste, że blada poświata Luny wyglądała zza niespokojnych chmur. Widząc Jej puste lico, kąciki ust Fenrisa drgały, w parodii uśmieszku.
Dopiero nad ranem drgnął i pozwolił sobie na mruknięcie.
- Rozumiem, że kierunek obraliśmy dobry.
-
Noc minęła zaskakująco spokojnie. Przebywanie w ciemnościach bez jakiegokolwiek dostępu do światła, było dla niej niejaką pociechą. Stała miedzy krzewami, niedbale opierając się bokiem o drzewo. Do wyczulonych uszu dotarł dźwięk podków.
Przywykla do podróżnych, przemierzających trakt, lecz te konie niosły większy ciężar, niż poprzednie.
Gdy zobaczyła dwie pary postaci siedzących na czarnych jak odchodząca noc wierzchowcach, miała ochotę odejść. Nie potrzebowała towarzystwa, a szczególnie podróżnych. Jednakże w jej głowie zakielkowala ciekawość, zmuszając ją do bezszelestnego wychylenia się z bezpiecznego cienia.
''Zabawne ilu śmiertelników może ponieść durne zwierzę...'' podszepnal głos
''Może to konie, o których nie slyszalas'' zasugerowała Rhavaen.
Głos parsknal śmiechem.
Rhavaen jeszcze raz, sceptycznie przyjrzala się jezdzcom, po czym uwolniła odrobinę Mocy, i traciła gałąź nad pierwszym koniem, zrzucając ją na niego.
Założyła ręce na piersi, czekajac
-
Tak *złapał się trochę grubszej gałęzi która akurat wystawała nad ich głowami i podciągnął się lekko i sprawnie, w końcu robił tak nie jeden raz* Zaraz będziemy ma miejscu. Idzie za Wilkiem *pobiegł gałęziami drzew*
-
Oczywiście, że tak. Znamy te tereny na pamięć. Każdą ścieżkę, każde drzewo, kamień, zaułek. *uśmiechnęła się do Legolasa* z nami nie zginiecie *odchyliła głowę lekko do tyłu wpatrując się w gęste korony drzew. Przymknęła na chwili oczy, by wsłuchać się w dźwięku mrocznego i jakże cudownego lasu. Od czasu do czasu dało się usłyszeć dźwięk pękających gałązek pod ciężarem drobnych zwierzątek i ptaków. Nie było na szczęście słychać szmeru jakie wydają wytwory czarnej magii. ''Dobre i tyle'' pomyślała elfka, otworzyła oczy i wróciła wzrokiem na ziemię*
-
*Pobiegł przodem wśród gałęzi. Jego myśli krążyły wokół podróżnych. Stwierdził, że jeśli chcieliby porozmawiać o tym co ich spotkało, to powiedzieliby mu o tym od razu. Postanowił chwilowo nie zaprzątać sobie tym głowy. Po dwóch milach dobiegł do wioski. Zeskoczył z drzew i szedł spokojnie ścieżką. Przystanął przy stajniach i poprosił właściciela o paszę dla koni, gdy ją dostał zapłacił monetami z sakiewki. Wyszedł na ścieżkę, ktoś planowo mają wyjechać bracia i Tauriel, oparł się o jedno z drzew i czekał*
-
Ruch Legolasa był szybki i sprawny, jednak Elfie oczy przeczyły temu, co zasłyszał w legendach.
Brat również to zauważył, bo obaj jeźdźcy zatrzymali wierzchy jak wryci.
Bez słowa zeskoczyli, ku pewnemu zdziwieniu Elfów. Fenris obrócił się ku Tauriel i mruknął pod nosem.
- Znacie na pamięć, co usprawiedliwia was przed brakiem ostrożności? - Schylił się z paskudnym trzaskiem kręgosłupa i podniósł odrzuconą przez elfa gałąź.
Uniósł ją nieco w ich kierunku, prowokacyjnie palcem wskazując na.. stronę, gdzie winno widnieć pęknięcie. Nie, nie widniało. Gałąź zdawała się idealnie wręcz skrojona. Aethelred zrównał się z bratem, opierając dłoń na głowni wystającego znad ramienia miecza.
- Mamy gości - Mruknął, choć było to już dla Fenrisa oczywistym.
Sam Fenris rozejrzał się, odrzucając gałąź na pobocze leśnej drogi. Zmierzył spojrzeniem korony mrocznych drzew, tereny między nimi i wreszcie szlak.
Nic. Jednak było tam coś.. Konie rżały nerwowo, strzygąc uszyma.
Wojownik westchnął i warknął niemal. - Na ognisko nie pora. Wyłaźże.
-
Bezcielesny głos wydał z siebie nieprzyjemny dla ucha rechot, nawet podróżni go słyszeli, ale nie mieli szans w odnalezieniu jego źródła. Rhavaen przekrzywila głowę, nieco zaabsorbowana reakcja obcych.
Wychodzić? Niby po co?
Czarne oczy zabłysnęły zieloną poświatą, powietrze drgneło spazmatycznie do wtóru bezdźwięcznemu gromowi, który przelał się przez ścieżkę, strącając co mniejsze gałązki. Drzewo obok mężczyzny jęknęło głucho, po czym zaczelo płonąć u podstaw, zielonym płomieniem
Nadal stała w bezruchu, a srebrno czarne rozgałęzienia przeniknęły po jej ciele, poczynając od prawej, słabej z powodu klątwy ręki, aż do twarzy, ciągnąc za sobą palący wnętrzności ból. Jednak jej oblicze pozostało niewzruszone, nie okazywała bólu, czuła nawet swoistą przyjemność z jego odczuwania.
-
To właśnie po oczach szybko poznali gdzie jest. Do tego drzewo obok, jedynie rozświetliło okolicę. Jeśli ktoś je strącił w celu zrobienia wrażenia, to wywarł jego przeciwieństwo.
Mężczyźni nie wyciągnęli broni, acz sytuacja raczej tego wymagała. Nie, jeszcze nie.
Fenris kiwnął bratu głową, na co ten tylko podszedł do konia i wyjął z juków.. Pochodnię. Rzucił ją bratu, który wprawnie złapał i sięgnął do ognia. Gdy zapłonęła chyżo niebieskim płomieniem, cisnął nią z gracją tam, gdzie lśniły zielone oczy. Wprost pod nogi kobiety.
Gdy Fenris milczał, Aethelred parsknął śmiechem.
-
*Czekał. Myślał o tym że powinni już się zbliżać, powinien już ich słyszeć. Widać coś musiało się stać po drodze. Postanowił to sprawdzić. Zostawił worek z ziarnem u elfa, u którego go kupił mówiąc że jeszcze wróci. Pobiegł drzewami. Po chwili był na miejscu. Wilk roztropnie ulotnił się, a elf z drzewa obserwował sytuację*
-
( wyczarowany przez nią ogień zawsze będzie zielony XD taka dygresja)
Pochodnia płonęła od ognia, który został wytworzony przez nią. Poczuła ukłucie rozbawienia. Chcieli coś jej zrobić własnym płomieniem?
Zielone płomienie powoli pełzły po ubraniu, nawet go nie dotykając, nie poczuła nawet, że wzniósł się przez ramiona, aż do głowy, skąd ulatywał w górę. Teraz całą jej postać oświetlał ogień. Dopiero po chwili otworzyła czarne oczy i spojrzała na tego, kto ową pochodnią cisnął.
- Zabawne, jak wy ludzie jesteście do bólu przewidywalni- powiedziała miękko, a jej głos zawibrował.
Kawałek płonącej pochodni jeszcze się ostał, uniosła go Mocą na wysokość oczu, uniosła jedną brew w niemym pytaniu, po czym cisnęła drewno z ogromną siła w tego, kto wcześniej w nią rzucił.
Pochodnia wbiła się w hartowaną stal.
-'' Ups...''- bezcielesny głos zachichotał, a Rhavaen tylko przekrzywiła głowę, odganiając polomienie z ciała. Gorąco ustąpiło, gasnąc z donośnym sykiem
-
*Sięgnął po łuk na plecach i strzałę z kołczanu. Naciągnął. Wycelował. Czekał*
-
Pochodnia z trzaskiem utkwiła w napierśniku jednego z braci, czego ten jakby zdał się nie zauważyć. Nawet płomienie którymi wciąż była osadzona, zgasły z leniwym sykiem. Ogień to wyjątkowo skuteczna broń, acz mogli życzyć każdemu powodzenia z używaniem go przeciwko nim.
Od dziecka uczeni i szkoleni byli w strachu przed płomieniami opadającymi z niebios, przez co szybko się przyzwyczaili. Do ognia? Nie, do ochrony przed nim.
Oleje których użyto w czasie kucia ich płyt, wyjątkowo skutecznie niwelowały gorące temperatury, więc nie pozostało nic innego jak wyrwanie patyka z piersi.
Oczywiście docenili siłę tamtej, bo rzeczywiście trzeba się postarać by wbić kawał drewna w hartowaną stal.
Aethelred raz jeszcze zarechotał niewesoło i kiwnął głową bratu.
- Patrzcie Ją, znawczynię ludzi.
Same określenie "człowiek" nawet i u Fenrisa wywołało grymas, który można by określić rozbawieniem.
- Do bólu zaraz dojdzie, acz zapewniam, że nie będzie on przewidywalny - Mruknął tylko, widząc, że brat chyba Jej nie polubił. Wolał się nie wtryniać w konflikty, póki sam nie został sprowokowany.
Mężczyzna z wielkim mieczem skrócił dystans do niej o połowę, górując nad drobną przy nim dziewczyną.
Zmierzył Ją spokojnym wzrokiem spod przyłbicy hełmu i bez żenady raz jeszcze rzucił zgaszony teraz badyl wprost pod Jej nogi.
- Śmiało, możesz podnieść raz jeszcze - Rzucił mrukliwie.
-
-Pieprzony deszcz.
Wyrwało się z jej ust, zgiętych w pogardliwym grymasie. Była wkurwiona, chociaż i to było zbyt lekkim określeniem na jej stan. Od dwóch dni nie zsiadała z konia, a od wczoraj nie miała nic w ustach. Jak to mawiała co cię nie zabiję, to cię wkurwi i właśnie teraz była już wkurwiona. Szarpnęła wodze i zwolniła nad gwałtownym spadkiem w dół. Już lubiła to ukształtowanie terenu, które wyglądało jakby ktoś powgniatał miejscami wielkie doły z nudów. Rudy konik zaparskał i tupnął niezadowolony, że przerwała mu bieg.
Rayla wyprostowała się w siodle i zsunęła z głowy kaptur, przez co zaraz na jej pobliźnioną twarz spadły krople deszczu.
-Psia jucha.
Mruknęła do siebie i trąciła boki konia piętami, by ten zaczął powoli zjeżdzać na dół, gdzie prowadził ubity trakt. Kiedy znalazła się już na dole, znowu popędziła konia do przodu, między drzewa. Z tą różnicą, że nie jechała po trakcie,a wzdłuż niego. Koń parskał co jakiś czas zaniepokojony, co tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że ktoś przed nią jest. Akurat w tej chwili nie miała ochoty na żadne przygody, Chciała trafić do najbliższego miasta, wykupić pokój, umyć się i wyspać. Ot zwyczajne zapotrzebowania po kilku tygodniach wędrówki. Ruin zwolnił sam z siebie i targnął łbem, na co kobieta poklepała go po szyi, utwierdzając, że mają jechać dalej. W końcu co mogło być gorszego od smoka, którego na pewno przed nimi nie było.
Przejechała kilkanaście metrów i usłyszała rozmowę, a raczje chrapliwy głos, którego nigdzie by nie pomyliła. Uśmiech jaki wystąpił na jej twarz mógł być porównywalny do paskudnego skrzywienia warg, ale jednak uśmiechem był. Przynajmniej w jej wykonaniu. Poprawiła miecz przytroczony do siodła tak, że rękojeść była bliziutko jej dłoni, a sięgnięcie po kawałek stali nie potrzebował więcej niż sekundy by zaatakować. Wyjechała między rzadsze drzewa i zobaczyła grupkę ludzi. A w tym dwie znajome sylwetki.
-Nawet na obcej ziemi wpadam na was. Kochane wilczki.
Warknęła dość przyjaźnie, a przynajmniej tak między sobą odbierali to Haschwaldowie. Przesunęła wzrokiem po nich, po koniach i po tych co widoczni byli, bo ilość głosów nie była adekwatna do liczby osób.
-Niech was Zamieć pochłonie, ale co tu się kurwa dzieje?
Pochyliła się w siodle zatrzymując konia i zmrużyła oczy, czekając na czyjąkolwiek odpowiedź. Czyżby przygodę na nowej ziemi można było uznać za otwartą? Zdecydowanie tak.
-
Aethelred nawet nie drgnął, bo nie miał zwyczaju odwracać się do kogoś plecami.
Fenris to inna sprawa, ten nawet pozwolił sobie na dość udaną parodię uśmieszku. Strącił kaptur z niesfornej czupryny i odwrócił się w stronę nowo przybyłej.
Bardzo dobrze znanej nowo przybyłej. Mężczyzna parsknął czymś w rodzaju śmiechu i zdjął rękę z głowni miecza, acz nie odsuwał jej za bardzo.
Kilka kroków i zbliżył się do tamtej, co siedziała na swym ognistym rumaku. Wyjątkowo wyrośnięta bestia, czasem się zastanawiali, czy siostrzyczka nie zyskała większego zwierzaczka tylko dlatego, że sama zdawała się przy nich karłem. Co nie znaczy, że nie była przy tym wyższa od połowy spotkanych tutaj już ludzi.. bądź elfów, coby być poprawnym.
Fenris założył ramię za ramię, ukazując kły w uśmiechu.
- No no. A już obstawialiśmy czy jakiś dragon Cię czasem nie trawi, Raylo - Urwał, taksując Ją niemal ciepłym spojrzeniem. - Dobrze, że i Ty dałaś radę dać nogę, siostrzyczko.
Słowa były szczere do bólu, bo co innego? Systematyczny odwrót pod groźbą utraty dziedzictwa? Najpierw ich wydziedziczono, a na koniec poszczuto stadem wściekłych Szponów i Wilków. Spieprzali aż się śnieg burzył. Nawet rodzeństwo Haschwald nie było takimi masochistami. A dotrwać chcieli w miarę.. zdrowo.
I dotarli, a ta mała cwaniara jak zwykle dogoniła starszych braci.
Mężczyzna poklepał konia po pysku, szybko zaraz potem dłoń odsuwając. Gdyby tego nie zrobił, rumak pewnie by upieprzył mu połowę palców, mimo, że były okute w rękawice.
Jurne zwierzę.. Jak każde inne z matuszki Północy.
- Jak widzisz, mamy drogę pełną ekscesów. Elfy i to coś. Zaraz będą pewnie tylko Elfy, znając Aethelreda.
-
-Popieprzyło was do końca.
Uśmiechnęła się drapieżnie i spojrzała na resztę, a potem znowu na braciszka.
-Jak widzę to już znajomicie się z elfami. Niech was Zamieć pochłonie.
Pokręciła głową i zaraz zsiadła z konia, uśmiechając się w rozbawieniu kiedy zobaczyła jak ognista szkapa prawie odgryzła mu palce. Poklepała głodomora po czyi i pokiwała głową na wspomnienie szaleńczego biegu przez ośnieżone pola, po tym jak inne Kły, czyli kochana rodzina urządziła sobie na nich polowanie. Skrzywiła się lekko i potrząsnęła głową, zrzucając z czarnych włosów kropelki wody. Podeszła do brata i uderzyła pięścią w pancerz na piersi, w geście jeszcze niedawnego przywitania Kłów. A teraz? Teraz to nic innego nie pozostało im jak zacząć bawić się tutaj.
-Żaden przerośnięty jaszczur nie będzie mi ogniem tyłka smażył.
Mruknęła i wzruszyła ramionami, patrząc na Aetha. Zastanawiała się przez chwilę co też elfy robiły tutaj, ale zrezygnowała z zadania pytania. Nie było potrzeby.
-Coś was zatrzymało panowie.
Uśmiechnęła się wrednie do rodzinki i przekrzywiła głowę.
-
- Tak, też się zdążyłem zorientować. Tylko nie do końca rozumiem, co takiego.
Rzucił pogardliwie, spoglądając w stronę obcej, co niedawno jeszcze jaśniała zielonym płomieniem. Mimo drwiny, w głosie mężczyzny dźwięczała powaga.
Widział z jaką łatwością przebiła napierśnik brata. Zwykłym kawałkiem drewna.
Nie był na swoim, to i po swojemu nie oceniał.. jeszcze. Rozprostował kark z trzaskiem i klepnął siostrę w ramię, wymijając wymownie jej rudego rumaka.
Nigdy go nie lubił, z oczywistą wzajemnością. Ba, żaden z ich koni się nie lubił. I żaden też nie lubił rodzeństwa swego właściciela.. cieeekawe dlaczego.
Jako, że deszcz znów przybrał na sile, Fenris ponownie naciągnął kaptur na głowę, przecierając podbródek.
Cholera by ich z tym całym zwlekaniem.
Popatrzył to po elfach, to po ciętych na sobie, w roli Aetha i tej obcej.
Takie sytuacje nigdy nie napawały go optymizmem. Z jednej strony czuło się pewnie w kupie, a z drugiej, stało przed Tobą takie kurestwo i nie wiedziałeś sam czy szach, czy już mat.
-
Uniosla jedną brew w geście dezaprobaty. Kątem oka obserwowała pozostałych nieznajomych, zauważając że dość dobrze się znają.
- Dobra rada- powiedziała cicho, zakładając ręce na piersi- nigdy do mnie nie podchodź
Mocno wbiła stopy w ziemię, tworząc sporą dziurę w mchu, wyrwała sztylet przypięty za ramieniem. Zrobiła krótki wypad w bok, a ostrze dostało się w wolną przestrzeń pomiędzy hełmem a napiersnikiem, wbijając się w gardziel.
- Nigdy nie wiesz co może zakończyć twój żałosny żywot- odparła, kucając w cieniu drzewa
Poczuła łaskotanie w gardle na widok krwi spływającej po sztylecie.
Cóż, nie planowała tego, głupiec aż prosił się o brutalną nauczkę.
-
Ruch był tak szybki, że wręcz rozmył się mu w oczach.
Sam Fenris drgnął, mrużąc oczy dla lepszego wglądu. Wypad, garda ogromnym mieczem i..
I wtedy mężczyzna dopiero zrozumiał. Wtedy, tego pamiętnego dnia który wspomina do dziś. Gdy krew trysnęła z szyi brata gęstym strumieniem, wyślizgując się chyżo spomiędzy kołnierza zbroi, a Jego hełmu.
Bestia z Północy, zwana przez wielu Krukiem, bądź Aethelredem, charknęła cicho i uniosła swój ogromny miecz w szerokim wymachu. Zdawać się mogło, że zgniecie dziewczynę która zaraz po ciosie odskoczyła. Miecz zalśnił w deszczu, który spływał po nim niczym łzy warte wojownika.
Wojownika który zadrżał, by wreszcie runąć na kolana. Upadł tak ciężko, że ziemia zdawała się tąpnąć. Miecz wbił się w ziemię, a sam Haschwald oparł się o niego, wciąż w pozycji prostej.
Posoka dalej ciekła nieprzerwanym potokiem, wraz z ulatującym życiem z wojownika.
All you can bleed
sanguis in dominus
All you can bleed
Halleluja
All you can bleed
sanguis in dominus
All you can bleed
Halleluja
Fenris nie zwlekał ni sekundy dłużej. Paskudne ostrze błysnęło w Jego dłoniach, które wyszarpnął zaraz po upadku brata.
Warkot poniósł się po polanie, gdy wojownik ruszył w stronę obcej i konającego. Młyniec jaki wykręcił mieczem był ledwie widoczny, a niósł za sobą jeno świst.
Świst z drugim dnem i obietnicą kryjącą w sobie wiele bólu.
Nim skrócił dystans do nich o połowę, brat mężczyzny zsunął się bezwolnie.
Uniósł się jeszcze lekko na potężnych ramionach.. I padł z trzaskiem prosto w błoto i mokry trakt na którym stali.
I nie podniósł się już nigdy więcej, śpiąc jakby w rosnącej na około kałuży krwi. Cichy jak zawsze, milczący i trwający w swej nieodłącznej płycie.
Koń należący do niego, zarżał dziko i stanął dęba, kopytem wgniatając kawał konara drzewa obok którego stał.
Świat jakby zamarł, bo do Fenrisa więcej nie docierało. Kilka kroków i już był. Stanął nad ciałem brata, który jeszcze niedawno żartował sobie wraz z nim w swój mało wymowny sposób.
Haschwald uklęknął obok martwego i obrócił go na plecy, coby nie leżał nimi w górę. Rana była widoczna gołym okiem, tak jak i rozchlastane gardło.
Mężczyzna rwał się wręcz do poderwania i stanięcia w bezkompromisowy bój w imieniu poległego.
Nie zrobił tego jednak. Uniósł jedynie głowę i spojrzał w oczy tej, z której niedawno oboje kpili. Właśnie wtedy zrozumiał, że Północ mogła być jedynie wstępem. Początkiem ich historii, tym który wywarł na nim piętno straty.
Wstał i otarł usta, strącając kaptur z głowy. Miecz który dzierżył w zaciśniętej pięści, ze świstem schował do pochwy.
Nie. Jakkolwiek to nie brzmiało, to nie On został sprowokowany. Tradycja była tradycją i ten bój należał do poległego. Nie do niego, bo i w zemście nie mógł wystąpić niesprowokowany.
Przekrzywił głowę w bo tak, że kark zatrzeszczał niczym u lalki w dłoniach nieostrożnego dziecka.
Dłonią wskazał prosto na nią, prosto w Jej serce.
- Zginiesz. A męka Twa, będzie symbolem Jego pamięci.
-
Ruch, szczęk i nagle wszystko jakby przyśpieszyło i zwolniło. Rayla poderwała głowę widząc lecącego w zwolnionym tempie Aetha ku ziemi i zaraz biegnącego w jego stronę Fenrisa. Krew wytrysnęła gęstym strumieniem, łącząc się z deszczem. Przeciwniczka była szybka, niespodziewane...
Wyszarpnęła miecz z pochwy przy siodle jej ogiera i złapała go w dwie ręce. Jeden z braci padł...Padł w błoto z przeciętym gardłem z któtego sączyła się jucha.
-Żesz kurwa mać...
Wymamrotała tylko wodząc wzrokiem od nieżyjącego już, po Fenrisie i do niedoszłej przeciwniczki. Haschwald charknął i wyzionął ducha. Niech go Zamieć poprowadzi, dodała w myśli i dotknęła ust a potem serca pod stalową płytą w pożegnalnym geście dla martwych towarzyszy broni. Konie zarżały i targnęły łbami. Deszcz zdawał się nasilić po tym, jakby chciał zmyć nie tylko krew z drogi, ale też samego wojownika. Rayla wbiła lodowate spojrzenie w nieznajomą i zacisnęła ręce na mieczu. I tak nie mogła nic zrobić. To był honor jej brata, żeby pomścić Kruka, a przypieczętował go unosząc rękę i wymawiając Inkantację. Wbiła miecz w ziemię i otarła twarz z deszczu zastanawiając się czy brat podzieli ten sam los co Aeth. W końcu nikt zwyczajny nie kładzie byłego Kła jednym ciosem. A jednak...
-
W oczach mężczyzny widać było skrywany głeboko ból i żal. Patrzył jej w oczy, domagając się by go sprowokowała. Dziwne zasady sprawiły że nie rzucił się na nią w szaleńczej chęci zemsty.
Patrzyła na niego chłodno, ów wyraz twarzy zazwyczaj wystarczał by odważniejsi cofnęli się o krok.
- Spóźniłeś się- powiedziała, wstajac i ocierając sztylet o spodnie- ktoś powiedział te słowa na długo przed tobą
Przekrzywiła głowę, a jej usta lekko się wykrzywiły, nie zmieniając maski uśmiechnęła się do niego
-Czekam
Rzuciła krótkie spojrzenie martwemu, nie czując litości ani wyrzutów sumienia. Zbyt wiele śmierci widziała, a jeszcze więcej zadała.
- Wy to utrudniliście, to że jest martwy zależało tylko od niego- na chwilę przymknęła oczy- Żałosne...- mruknęła
-
*Zaskoczony patrzył na rozgrywające się na ziemi zdarzenia. Zeskoczył i podszedł bliżej tak, że nie usłyszano żadnego dźwięku. Wyjął sztylet i rzucił nim w Rhavaen, a dokładniej w rękaw jej szaty, przygwożdzając ją do drzewa. Zadał tylko jej tylko jedno pytanie.*Dlaczego?
-
Fenris nie wnikał w działanie elfa. Nie drgnął nawet, gdy ten rzucił ostrzem w kierunku tamtej.
Mężczyzna bezceremonialnie złapał zwłoki brata za nogę i zaczął ciągnąć go w stronę koni. Rumak Aethelreda uspokoił się jakby, gdy tylko trącił nosem Jego płytę.
Wojownik dopiero wtedy uniósł trupa i przerzucił go z łoskotem przez siodło. Po wszystkim odsunął się i rzucił spokojne już spojrzenie w stronę Rayli. Nie zareagowała, szanując pamięć poległego. Zuch dziewczyna. Na zmagania elfa nie zwracał uwagi, a zamiast tego usiadł na zwalonym i płonącym jeszcze niedawno drzewie. Odetchnął cicho i naciągnął kaptur. Deszcz przybrał na sile, wystukując upierdliwy rytm na zbroi martwego.
Fenris nie do końca rozumiał jeszcze, że siostra pozostała ostatnią osobą z dalekiej Północy którą mu dane było kiedykolwiek widzieć.
Ród Haschwald stracił kolejnego syna.
-
Spojrzala na elfa beznamietnie. Sztylet zaledwie musnął skórę na ramieniu. Zastanowił ją fakt, że owy elf miał bardzo dobrą celność, zważając na to, że nie posiadała rękawów.
- Nie zadawaj idiotycznych pytań- warknęła oschle. Brutalnie wyrwała ostrze z drzewa, przez chwilę obracając broń w dłoni. Kusiło ją oddanie pięknym za nadobne, lecz tylko wyrzuciła nóz za siebie.
- Sam się o to prosił- założyła ręce na piersi
Czuła, że bawi ją żal i cierpienie mężczyzny, siedzącemu na konarze. Na własny specyficzny sposób ją to bawiło. Tyle śmierci dookoła, a on opłakuje jedną żalosną istotę?
Nie mialae zamiaru przepraszać, czuła satysfakcję z popełnionego czynu